Ambitne musicale
Dwa ostatnie godne uwagi musicale kończącego się dziesięciolecia to ambitna New girl in town Boba Merrilla, adaptacja dramatu Eugena 0Neilla o prostytutce Annie Christie, która pragnąc rozpocząć nowe życie, powraca ze środkowego Zachodu do swego ojca w nowojorskim porcie; oraz The Music man Mereditha Willso-na, hałaśliwie wesoła komedia z życia małego miasteczka, ukazująca dziecięcą orkiestrę, starą pannę — nauczycielkę gry na fortepianie, i ujmującego hochsztaplera. 3 grudnia 1960, przy ścisłym zachowaniu tradycyjnego ceremoniału wielkiej premiery muzycznej, podniosła się w Majestic Theatre w Nowym Jorku kurtyna, ukazując Camelota Alana Jay Lernera i Fredericka Loewego. Orkiestra i chór zabrzmiały na wejście króla Artura, królowej Ginewry oraz setek ich rycerzy i dam dworu. Dzwony zaś biły na powitanie najnowszego, najwspanialszego i — koszty produkcji wyniosły 480 000 dolarów — najdroższego ze wszystkich musicalów. Gdy gasły gwiazdy austriacko-węgierskiej tradycji i kończyła się srebrna epoka operetki, znacznie oddalona nie tylko w przestrzeni od złotych lat koniunktury amerykańskiego musicalu, dźwigała się stara, poczciwa Europa z ruin po II wojnie światowej. Znowu wydawało się, że operetka umarła — bardziej nieodwołalnie niż kiedykolwiek, gdyż trudno było negować, iż wielekroć sama siebie skazywała na śmierć. Nie chciała po prostu żyć w tych czasach, w których stosowniejsza była beznamiętna szarość niż barwna świetność wspaniałych toalet balowych. Sytuacja, w jakiej znalazła się operetka, wielu wydawała się beznadziejna.
| |